Powrót



Ile przez miłość bólu zaznałem lepiej nie pytaj.

Jak gorzkie było nasze rozstanie – lepiej nie pytaj.

 

Poszukując miłej, świat niemal cały przebiegłem.

Jak bóstwo serca mego znalazłem – lepiej nie pytaj.

 

Z sercem w rozterce i gorzkiej tęsknocie u jej progu

łez ile ciężkich wylać musiałem – lepiej nie pytaj.

 

Nocą z jej pięknych ust do mych uszu szept cichy dotarł,

lecz jak okrutne to były słowa – lepiej nie pytaj.

 

Zagryzasz wargi, dajesz znak: „nie mów”, a przecież w nocy

ja gryzłem rubin tych słodkich warg. Jak? Lepiej nie pytaj.

 

Z dala od ciebie – opuszczony, w biednym moim domku

męczarni ile cierpieć musiałem – lepiej nie pytaj.

 

Tułaczu Hafizie, przybłędo na drodze miłości,

do jakiej krainy los cię zawiódł? Lepiej nie pytaj.

 

                              *  *  *

 

Róża niepodobna do ukochanej – nie będzie miła.

Wiosna co mija bez smaku wina – też nie będzie miła.

 

Ogród bez kwiatów, bez upojnego zapachu, bez twarzy

tulipana, chwila  taka, co mija - nie będzie miła.

 

Tany smukłego cyprysa i zalotne pląsy kwiatów

w sercu mym rodzą pytanie. Gdzie jest moja miła?

 

Pocałunki, karesy, różowego ciała oploty,

bez ukochanej – przyjemność taka wcale nie jest miła. 

 

Piękna scena na obrazie, choćby była dziełem mistrza,

jeśli nie ma na niej ukochanej – wcale mi nie miła.

 

Hafizie, twoja duma zmieniła się na drobną monetę.

Jeśli mi ją dasz – czy ofiara taka może być miła?

 

                              *  *  *

 

Mówiłem: „Bólem ściśnięte mam serce”. Rzekła: „Czas ból rozwieje”.

Prosiłem: „Bądź mym księżycem”. Ona: „Ten blask wiatr czasu rozwieje”.

 

Mówiłem wtedy: „Wierność to przecież wielka cnota zakochanych”.

Odparła mi: „Cóż warte kochanie, co je wiatr czasu rozwieje”.

 

Mówiłem: „Oczy wypatrywałem na drodze, co do ciebie wiedzie”.

Odparła mi wnet: „Ślepemu ślady drogi wiatr także rozwieje”.

 

Mówiłem wtedy: „Zapach twoich włosów byłby mi wskazał drogę”.

Odparła wnet: „Przecież wiesz, że i ten zapach wiatr czasu rozwieje”.

 

Mówiłem więc: „Twój zapach wiatr przynosi mi z ogrodu miłości”.

Odparła: „Bądź pewien, że i ten zapach też wiatr czasu rozwieje”.

 

Mówiłem: „Czuję, że smak twych warg słodkich nasyci me pragnienie”.

Odparła: „Bądź pewien, że i to pragnienie wiatr czasu rozwieje”.

 

Pytałem: „Kiedy w twym zimnym sercu litość wzbudzić zdołam?”.

Odparła: „Chyba wtedy, kiedy srogość mą wiatr czasu rozwieje”.

 

Powiedziałem: „Szansę na chwilę radości łatwo przecież stracić”.

Odparła: „I to zmartwienie też, Hafizie, wiatr czasu rozwieje”.

 

                              *  *  *   

 

 

Z cyprysu słowik żałośnie łka. Jest pełen rozpaczy.

Los pięknej róży, to powód jego łez i rozpaczy.

 

O, dumna różo, piękny kwiecie, znasz swą wartość, przeto

dla słowików zgnębionych nie bądź powodem rozpaczy.

 

Wiemy wszak, że nie ma sensu płacz. Bo nie ma słodyczy

w spotkaniu, jeżeli nie ma też w rozłące rozpaczy.

 

Asceta marzy o niebie z hurysami. Ja lubię

siedzieć w winiarni z dziewczyną – wtedy nie ma rozpaczy.

 

Pij wino. Niech muzyka płynie. Nie martw się o jutro.

Bóg jest miłosierny. Tak więc, nie potrzeba rozpaczy.

 

Jednak gdy inni będą się radować przy muzyce,

ja tęsknię, płaczę i nie ma ucieczki od rozpaczy.

 

Hafizie, dlaczego wzdychasz i trapisz się rozłąką?

Po rozłące jest znów spotkanie. Nie trzeba rozpaczy.

 

                              *  *  *

 

Gdym wyszedł zmęczony do sadu, moc kwiatów pięknych widziałem.

Słowik, tak jak ja, szukał tu lekarstwa na smutek – widziałem.

 

Czerwona róża, pełna uroku, szkarłatem pąsów lśniąca,

jaśniała wśród nocy jak pochodnia. Wyraźnie to widziałem.

 

Róża, urodą swą pyszna i wyniosła, dręczyła serce

biednego słowika, a ja to wszystko, niestety, widziałem.

 

Jak narcyz tysiące łez ronił ze smutnych tęsknotą oczu

i namiętnego tulipana serca ogień, też widziałem.

 

Lilie języki jak miecz wyciągały do waśni gotowe

i anemon spoglądał oniemiały, dokładnie widziałem.

 

Niektóre kwiaty jak pijący unoszą swe puchary wzwyż

inne zaś pewnie je dzierżą w mocnych dłoniach – też widziałem.

 

Naucz się, Hafizie, chwytać jak kwiaty beztroskę, wesele,

radość i porzuć zwątpienie. Tak stoi w Księdze – sam widziałem.

 

                              *  *  *

 

Wyszedłem rano do ogrodu zerwać różę, pełen radości.

Słowik piękną pieśń śpiewał, lecz w jego trelach nie było radości.

 

Był jak ja miłością zwiedziony. Dumna róża go oszukała.

Biedny ptak skarżył się, że dawno już nie przeżywał chwili radości.

 

Błądziłem często po tym ogrodzie. Przypatrywałem się róży.

Rozumiałem zmartwienie słowika. Gdzieżeś ty, moja radości?

 

Róża się chełpi urodą. Trzpiotka to, co cierniem kole.

Słowik pamięta, że gdy nie ma wierności, nie ma też radości.

 

Pojąłem wnet w sercu swym głęboki sens tych słowiczych narzekań.

Do dzisiaj serce me to wielki głaz – nie wiem jak zaznać radości.

 

Co roku zakwitają w naszych ogrodach tysiące róż, lecz

jeśliś pokłuty ostrymi cierniami, jak mówić o radości?

 

Płonne nadzieje, Hafizie, że cokolwiek może być inaczej,

bo od pięknolicych krzywd wiele zaznasz, a nie zaznasz radości.

 

                              *  *  *

 

Kiedy łąka kwiatów pełna, wino lej - bez fałszu bądź!

Kiedy wokół róże pachną, ty się raduj - szczęśliwy bądź!

 

Gdy magów starych poznać chcesz i zgłębić tajemnicę,

w swym kielichu z winem ujrzysz to, co będzie – pewny bądź.

 

Nie pij jednak wina przez rok cały – to nieostrożność.

Przez trzy miesiące się raduj, dziewięć wstrzemięźliwy bądź.

 

Stary mag – sprzedawca mówi, że wino jest jak miłość

a opatrzność będzie miłosierna, więc spokojny bądź.

 

Sprawy świata są tajemnicze, zawiłe, zamknięte

jak kwiatu pąk, a ty jak letni wietrzyk, lekki bądź.

 

Chociaż wokół brak wierności, ludzkie plemię nie zna jej,

dla alchemika to zadanie, ty jednak ufny bądź.

 

Mój Hafizie, nie słuchaj obcych nauk, zostaw magów,

szczerym sercem, przyjacielem wina, róży, wiosny bądź.

 

                              *  *  *

 

Fałszywy asceta – świętoszek wyrzutów czynił mi nie będzie

bo przecież żadnych grzechów na me konto nikt pisać mi nie będzie.

 

Więc swoją drogą idź, asceto. Mnie tu pozostaw. Wszak każdy wie,

że czyny, które kiedyś siał na niwie życia, sam zbierać będzie.

 

Każdy Ciebie, Panie, szuka; trzeźwy czy pijany. Myśl o domu

miłości – synagodze czy meczecie – towarzyszyć mu będzie.

 

Trwoniąc tyle czasu w winiarni, jestem sam jak jedna z jej cegieł.

Jeśli tego pojąć nie zdołasz, to twoja głowa jak cegła będzie.

 

Pozwólcie więc choćby złudną mieć nadzieję, że kiedy po trudach

życia wreszcie przekroczymy zasłonę, to cokolwiek tam będzie.

 

Wiedzcie, że nie tylko ja zaznałem klęski upadku. Nasz praojciec

Adam musiał pomiarkować, że do raju wpuszczony nie będzie.

 

Wiedz jednak, Hafizie, że w godzinie sądu, z czarką wina w dłoni

z tej tawerny w ruinie, trafisz niechybnie do nieba. Tak będzie.

 

                              *  *  *

 

Hej, chłopcze, przynieś nam wina. Rząd flasz pełnych tu pozostaw.
Miłość, co łatwą była, powikłał los, więc wino nam pozostaw.

 

Zapach włosów miłej mojej, com go w gospodzie miłości czuł,
dziś jeszcze burzy serce biedne. Losie, ten zapach mi pozostaw.

 

Dzwonki na szyjach wielbłądów i rozgwar mówią, że odjeżdżać czas,
a jam szczęśliwy w gospodzie tej. Odjedź więc sam. Mnie tu pozostaw.

 

To nic, że mistrz ten zajazd zna, zna prawo drogi i czas odjazdu.
Choć wina plamy na kobiercu, dobrze mi tu, więc mnie pozostaw.

 

Tam wokół ciemna noc. Na morzu wielka fala wirami straszy.
Czy muszą lęki te znać mieszkańcy lądu? Więc mnie tu pozostaw.

 

Po swej drodze życia sam chcę kroczyć, sam odpowiadać za błędy.
Za mą złą sławę sam też będę płacić. W spokoju mnie pozostaw!

 

Gdy jednak znajdziesz miłą i będziesz chciał, by z tobą zawsze była,
doczesne troski rzuć, Hafizie, i ze spokojem świat pozostaw.

 

                              *  *  *
 

Hej, chłopcze, przynieś nam wina. Rząd flasz pełnych tu pozostaw.
Miłość, co łatwą była, powikłał los, więc wino nam pozostaw.

 

Zapach włosów miłej mojej, com go w gospodzie miłości czuł,
dziś jeszcze burzy serce biedne. Losie, ten zapach mi pozostaw.

 

Dzwonki na szyjach wielbłądów i rozgwar mówią, że odjeżdżać czas,
a jam szczęśliwy w gospodzie tej. Odjedź więc sam. Mnie tu pozostaw.

 

To nic, że mistrz ten zajazd zna, zna prawo drogi i czas odjazdu.
Choć wina plamy na kobiercu, dobrze mi tu, więc mnie pozostaw.

 

Tam wokół ciemna noc. Na morzu wielka fala wirami straszy.
Czy muszą lęki te znać mieszkańcy lądu? Więc mnie tu pozostaw.

 

Po swej drodze życia sam chcę kroczyć, sam odpowiadać za błędy.
Za mą złą sławę sam też będę płacić. W spokoju mnie pozostaw!

 

Gdy jednak znajdziesz miłą i będziesz chciał, by z tobą zawsze była,
doczesne troski rzuć, Hafizie, i ze spokojem świat pozostaw.

 

                              *  *  *

 

Choć osłabły, losem przygnieciony, na Twe spotkanie wstanę.

Jak ptak niebiański, co pułapkę porzuca, tak i ja wstanę.

 

Przysięgam, kiedy czas przyjdzie i wezwiesz mnie przez swego sługę,

porzucę wszystkie rozkosze ziemi, posłucham Cię i wstanę.

 

O Panie, ześlij mi tak jak deszcz z chmury Twe łaski i względy,

zanim w proch się obrócę. Później jednak na czas sądu wstanę.

 

Ty, przyjacielu, nad moimi prochami usiądź z muzyką

i winem. Może zachęcony, by zatańczyć, i ja wstanę.

 

Aniele-posłańcu wskaż mi wyżyny, do których mam zdążać.

Porzucę wnet proch ciała i świata, zerwę się i zaraz wstanę.

 

Choć jestem już stary, przygarnij mnie, Panie, mocno do siebie,

a wtedy rankiem jak młodzieniec silny, chętny, trzeźwy wstanę.

 

Ukaż mi, Panie, gdy będę świat opuszczał, jeszcze twarz Twoją,

a wtedy ja, Hafiz, porzucę ciało i świat – rześko wstanę.

 

                              *  *  *

 

W morze bezkresne i step wyrzucić cierpliwość jestem gotów.

I własne gorące serce też w morze rzucić jestem gotów.

 

Z tego ściśniętego serca wydobędę westchnienie, aby

grzech Adama i Ewy spalić. Zrobić to jestem gotów.

 

Bowiem szczęście jest tylko tam, gdzie przebywa ta, co ma serce.

Cały świat zostawię. Brnąć przez bezdroża do niej jestem gotów.

 

Księżycu, dziś do słońca podobny, pozwól mi cię uściskać.

Pełen uwielbienia głowę u twych stóp złożyć jestem gotów.

 

Zatruła mnie strzała miłości. Dajcie mi szybko wina.

Szaleństwem splątany rzucić wyzwanie gwiazdom jestem gotów.

 

Wino, co w dzbanie zostało, rozprysnę pod tron sułtana.

Dziś mój dzień. Zatracić się w tańcu i muzyce jestem gotów.

 

Przyszłość jest niepewna. Rachuby zysków zazwyczaj zawodzą.

Ja, Hafiz – poeta, czemu zażyć rozkoszy dziś nie jestem gotów?

 

                              *  *  *


Biedne me serce, co też ona z tobą uczyniła?

Ukradła mi ciebie, boleść wielką mi uczyniła.

 

Jej oczy jak narcyzy uroki takie rzucały,

upoiły wszystkich, z trzeźwych pijaków uczyniła.

 

Przez nią moje chłodne łzy mają kolor zachodu,

a księżyc świadkiem mego poniżenia uczyniła.

 

Przynieś wina, chłopcze, bo nikt nie wie, co za zasłoną

wiedza tajemna gotując – los jaki uczyniła.

 

Jakimi torami krążą ciała niebieskie, jakie

są ich drogi, które Twa ręka, Panie uczyniła.

 

Wznieciła iskra miłości ogień w sercu Hafiza,

spójrz i ulituj się, co też miłość z nim uczyniła.

 

                              *  *  *

 

O Panie. Ta świeca, co ogniem w sercu pali, skąd jest?

Ta wielka miłość, co jak ogień wszystko trawi, skąd jest?

 

Los, co mnie wcześnie wygnał z domu, jest mą wiarą w miłość.

On mnie w objęcia twoje rzucił. Fatum takie skąd jest?

 

Nie może brakować mym wargom ust twoich rubinu.

Mam wierzyć tym pieśniom? Przekonanie takie skąd jest?

 

Szczęście owo pytało mnie, czyim jestem motylem.

Czarodziejska świeca, jaśniejąca rozkoszą, skąd jest?

 

Tyle uroków i czarów rzucono zewsząd na mnie.

Magiczna opowieść, kusząca biedne serce, skąd jest?

 

Panie, cały z miłości płonę. Któż rozpalił ogień?

A ów król niezrównany z księżycową twarzą, skąd jest?

 

Rzekłem: „Boleje bez ciebie biedne serce Hafiza”.

Na to ona: „Szaleniec, który o to pyta, skąd jest?”.

 

                              *  *  *

 

Choć nikt cię nie zna, wielu cię kocha. To dziw doprawdy.

Jesteś pączkiem, a słowiki już tęsknią, dziw doprawdy.

 

Poszedłem cię szukać po zaułkach. Byłem tu obcy.

Wielu też obcych jak ja spotkałem. To dziw doprawdy.

 

Z dala od ciebie czas mój biegnie i jedynie myśli

o tobie mnie koją. Lecz smutek mnie zżera doprawdy.

 

Miłość do winiarni i do klasztoru są podobne.

W każdej iskrze radości widzę twą twarz – dziw doprawdy.

 

Samotnemu w klasztornej celi marzenia są światłem.

Kołatka i krzyż mu wystarczą. To też dziw doprawdy.

 

Kto kocha, chce być ceniony. Gdyby leku

nie było na to cierpienie, byłby to dziw doprawdy.

 

Płacz twój, Hafizie, nie będzie daremny. Opowieść swą

dalej możesz wieść. Wszystkie te wiersze to dziw doprawdy.

 

                              *  *  *

 

Niejeden raz to mówiłem i raz jeszcze wam mówię;

Z szalonym sercem nie sam wędruję. Wiem, co mówię.

 

Wielu sądziło, że jak papuga stale mówię.

Mistrz Odwieczny mi nakazał: „Powiedz!” Więc ja mówię.

 

Nieważne, czy różą jestem, czy kłującym cierniem.

Zasadził mnie w ogrodzie Pan. Wiersze moje mówię.

 

Nie myśl, żem szalony. Mając perłę, poszukuję

tych, co na perłach się znają. Prawdę mówię.

 

Tak, moja szata różanym winem poplamiona.

Jednak nie ma we mnie fałszu, obłudnie nie mówię.

 

My zaś różne mamy pieśni; radosne wieczorem,

rankiem zaś łzy wylewamy. Tak, prawdę mówię.

 

Hafiz rzekł: „Nie wąchajcie pyłu z progu winiarni,

dużo lepsze jest piżmo chotańskie. Wiem, co mówię”.

 

                              *  *  *

 

Jednej krótkiej chwili smutku cały ten świat nie jest wart.

Stary strój derwisza nawet kropli wina nie jest wart.

 

Jeśli jednak za niego handlarz nic dać nie chce, jeszcze

modlitewnik masz, choć całej czarki wina nie jest wart.

 

Człek jakiś wrzeszczał na mnie w winiarni: „Wynoś się zaraz”.

Czemu tak nisko upadłem? Czy już nic nie jestem wart?

 

Wspaniała sułtańska korona słuszny respekt budzi,

strachem przed śmiercią napawa. Strój ten głowy nie jest wart.

 

Kiedyś byłem odważny, dzielny. Gniew mórz był mi niczym.

Jednak nawet sznur pereł lęku przed burzą nie jest wart.

 

Ukrywaj swą szczęsną twarz przed spojrzeniem zawistnych.

Nawet krótki triumf zdobywcy świata niewiele jest wart.

 

Zadowól się małym, Hafizie, zejdź z drogi zawistnym,

bo nikczemny z worami złota pokłonu nie jest wart.

 

                              *  *  *

 

Na żmudnej drodze miłości kresu ni wytchnienia nie ma.

Dla tych co oddadzą na niej duszę, zmiłowania nie ma.

 

Rozkoszy doświadczysz wtedy, gdy miłości się oddasz.

Na takiej drodze potrzeby szeptania modlitwy nie ma.

 

Nie strasz mnie, że mogę rozum stracić. Lepiej przynieś wino.

W mojej krainie miłości żaden strażnik władzy nie ma.

 

Zechciej sam bracie zobaczyć i pojąć, co nas zabija.

W złym uczynku brak uciechy, ni w grzechu nadziei nie ma.

 

Patrząc na księżyc w nowiu, ujrzysz jej szlachetne oblicze.

Żadna inna twarzyczka dla ciebie takiego blasku nie ma.

 

Drogę do tajemnicy znają też i nicponie, chociaż

znaków wyraźnych, jak dotrzeć do celu wędrówki, nie ma.

 

Szkoda, mój Hafizie, że płacz jego gorzki cię nie wzruszył

wcale. W moim sercu jednak skały granitowej nie ma.

 

                              *  *  *

 

Zapach ze znanej ci dobrze uliczki przynieś mi, wietrze.

Ulgę duszy smutkiem osłabionej przynieś mi, wietrze.

 

W moje serce biedne wlej choć cień nadziei, przekaż mi więc

znak jakiś, choć pył od drzwi ukochanej, przynieś mi, wietrze.

 

Tu, w odosobnieniu, z ranną duszą ciężko się zmagam, więc

łuk i strzały z jej brwi i rzęs zalotnych, przynieś mi wietrze.

 

W poniewierce i tułaczce starzeje się me serce, więc

gdy nadziei nie możesz, to choć wino przynieś mi, wietrze.

 

Tym, którzy nie wierzą w me słowa, też nalej parę czarek,

jeśli jednak wypić nie zechcą, to mnie przynieś je, wietrze.

 

Hej, chłopcze, nie odkładaj na jutro dzisiejszych rozkoszy.

Dla mnie zaś literę miłosierdzia z Księgi przynieś, wietrze.

 

Moje serce struchlało, kiedy Hafiz mówił tej nocy:

„Zapach ze znanej ci dobrze uliczki przynieś mi, wietrze”.

 

                              *  *  *

 

Kiedy lekki zefir wieje od ogrodów, świat cieszy się.

Kto ma czarę wina, dziewczę jak hurysa, cieszy się.

 

Jednak czemu biedak też mający swe skromne włości –

namiot w cieniu drzewa, trawę u swych stóp, nie cieszy się?

 

A kiedy trawa z tej łąki snuć mu będzie opowieść,

że na raj ma dość drobnych monet, czemu nie cieszy się?

 

Każdy, kto serce swe z wina pomocą buduje, wie,

że świat ten z prochów naszych powstał. Czemu więc cieszy się?

 

Nie szukaj wiary u obcych. Ich kaganek nie będzie

palił się w twej świątyni. Kto ma swą wiarę, cieszy się.

 

Widać zapisane w księdze przeznaczenia, że mam pić

wino. Któż zna wyroki niebios? Niech każdy cieszy się.

 

Po co zabraniasz swym stopom iść za trumną Hafiza?

On, choć wiele grzeszył, do raju zmierza i cieszy się.

 

                              *  *  *

 

Choć wino radość daje, ty, przyjacielu, bądź uważny.

Nie pij przy muzyce. Strażnik czuwa. Bądź uważny.

 

Nawet gdy masz pełną flaszę i jesteś w gronie przyjaciół,

pamiętaj, że czasy są teraz zdradliwe. Bądź uważny.

 

W szerokim, połatanym rękawie płaszcza ukryj czarkę,

a szyjka flaszy niech cię nie pokaleczy. Bądź uważny.

 

Zmyjmy ze strojów grzeszne plamy czerwonego wina.

Czasy teraz niepewne, zawiść czyha, więc bądź uważny.

 

Nie będziesz mieć spokoju, nawet gdy dnem odwrócisz czarkę.

W tym dzbanie napój niedobry, zbełtany, więc bądź uważny.

 

Teraz z firmamentu niebieskiego jak z sita krew ścieka,

spadają głowy i korony sułtanów. Bądź uważny.

 

Choć Irak i Fars już podbiłeś swą poezją, Hafizie,

choć czeka na twe wiersze Bagdad i Tebriz – bądź uważny.

 

                              *  *  *

 

Z ogrodu świata tylko ciebie różanolicej pragnę.

Z twojej łąki tylko chłodnego cienia cyprysa pragnę.

 

Obłuda i jej krzewiciele niech ominą mnie z daleka.

Z wszystkich bogactw świata tylko pucharu pełnego pragnę.

 

Choć za dobre uczynki raj i wieczność obiecują,

Ja, hulaka i utracjusz, tylko wiedzy magów pragnę.

 

Siedząc więc, bracie, nad brzegiem strumienia, który życiem zwą,

pojąć sens przemijania, choćby znaku jakiego, pragnę.

 

Spójrz na świat, co jest jak bazar, liczą się tylko profity,

krzątanina, zyski i straty. Ja tych zysków nie pragnę.

 

Jeśli jest ze mną ta, którą kocham, to o resztę nie dbam.

Rozmowy z nią, pociechy – takiego szczęścia tylko pragnę.

 

Ty, Panie, co raj mi chcesz ofiarować, wejrzyj w me serce.

Mnie wystarczy tylko ten ziemski zaułek, tylko jego pragnę.

 

Hafizie, bezcelowy jest płacz na los i przeznaczenie.

Życia spokojnego i gazeli, tylko tego pragnę.

 

                              *  *  *

 

Stęsknionemu ujrzeć twarz ukochanej – to wielkie szczęście.

Spacerować po jej ulicy to także wielkie szczęście.

 

Choć łatwo pogodzić się, że życie mija, lecz trudno jest

godzić się na brak ukochanej. To wcale nie jest szczęście.

 

Chciałbym dzisiaj jak róża kwitnąć w wiosennym ogrodzie

i jak ona z wolna zrzucać płatki. To byłoby szczęście.

 

Chciałbym też jak zefir wyznawać swe tajemnice róży.

Miłosnych treli słowika słuchać. To byłoby szczęście.

 

Usta całować kochane, gdyby los hojny pozwolił.

Nie chciałbym w rozpaczy warg swoich gryźć. To byłoby szczęście.

 

Cieszmy się, że stale jeszcze jesteśmy w tym domu o dwóch

bramach, bo kto w nim wciąż przebywa, stale jeszcze ma szczęście.

 

Powiedziałeś, że Szah Jahia zapomniał o Hafizie.

Przypomnij mu o mnie, Panie. Oddalenie to nie jest szczęście.

 

                              *  *  *

 

Że kąt winiarni uczyniłem swą celą, to moja wina.

Że zaklęcia maga traktuję jak modlitwę – moja wina.

 

Przesypiam poranne wezwania muezina do modlitwy.

Modlitwą moją jest jęk bolącej głowy – to moja wina.

 

Królestwo, bogactwo ni nędza nie są moim utrapieniem.

Dnie spędzam u biednego progu mej miłej – to moja wina.

 

Modlitwa w meczecie i pobyt w winiarni są moim zyskiem.

Nie mam żadnych ambicji, Bóg mi świadkiem – taka moja wina.

 

Nawet gdybym miał namiot rozbijać na ostrzu miecza, lęku

nie ma we mnie. Jest tylko beztroska. Czy jest w tym jakaś wina?

 

Od czasu gdy ku Tobie, Panie, wzrok kieruję, jasny zamek

słońca jest moim domem. Wiara taka, czy to moja wina?

 

Kroczysz po manowcach grzechu, Hafizie. Zatrzymaj się już.

Przyznaj się do słabości i błądzenia, powiedz: „Moja wina”.

 

                              *  *  *

 

Rajskie ogrody i kochanków spotkania – są radosne.

Pora kwitnienia róż i chwile w winiarni – są radosne.

 

Kiedy łagodny zefir w porze poranka przynosi

nam zapach kochanej – to chwile szczęśliwe i radosne.

 

Ptak zaśpiewał żałosną pieśń, że ukochana swej twarzy

nie odsłania. Płacz ptaku. Te rany są radosne.

 

Wiedzieć musisz, słowiku, że w sprawach miłości

bezsenna noc jest regułą, choć są też noce radosne.

 

Na całym świecie nie ma lekarstwa na ból miłości

tylko wino spragnionym może dać chwile radosne.

 

Lilia dziś w nocy powiedziała mi prawdę wszystkim znaną:

„Tylko chwile beztroskich – pijanych mogą być radosne”.

 

Hafizie, opuszczając świat, zaśpiewaj pieśń sercu swemu,

by ono poznało, jak życie wasze było radosne.

 

                              *  *  *

 

Czyż na moje cierpienie nie ma leku ni ratunku?

Dla wygnańca, czyż nie ma kresu drogi ni ratunku?

 

Kradną mi wiarę i serce, nastają na mą duszę.

Czyż od terroru pięknolicych nie ma już ratunku?

 

Za jeden pocałunek oczekują w zamian duszy.

Od czarów tych co serca łudzą, czyż nie ma ratunku?

 

Niewierne i zdradliwe, krew by moją wypić chciały.

Czy dobry muzułmanin doczeka się skądś ratunku?

 

Przez dnie całe i noce opuszczony i wzgardzony,

samotny jam jak Hafiz, dlatego wołam: „Ratunku!”.

 

                              *  *  *

 

Odwiedziła mnie wieczorem – ścisnęło się moje serce.

Moja twarz ogniem zapłonęła. Płonęło też moje serce.

 

Jej czar miłością razi, delikatność mury kruszy,

fałsz jej bronią. Trudno w tej walce nie polec, moje serce.

 

Piekły policzki tych, co ją kochali, jakby przyprawą

natarte były. Srogi żar palił też moje biedne serce.

 

Nawet wtedy gdy obiecywała ukoić mą żałość

wiem, że rozmyślnie na rozdrożu zostawi moje serce.

 

Pukle jej gęstych włosów przysłaniały mi drogę wiary.

Jej drogę oświetlały moja płonąca twarz i serce.

 

Z mego serca strugi krwi wyciekły, oczy bez łez wyschły.

Ona, jak łupieżca miasto, ograbiła moje serce.

 

Światu jej jednak nie oddawaj, wszak mało zyskał ten, co

Józefa sprzedał za marne grosze. Pamiętaj, o serce!

 

Na koniec ze śmiechem rzekła: „Idź spal swe łachmany,

mój Hafizie”. Skąd ona tak dobrze cię zna, moje serce?

 

                              *  *  *

 

Przyjdź, niech umęczone serce odetchnie, miła moja.

Przyjdź, niech dusza powróci w śpiące ciało, miła moja.

 

Dzisiaj przyjdź, rozstanie z tobą czyni mnie ślepym.

Ty możesz otworzyć bramy mych oczu, miła moja.

 

Wszystkie smutki, które trapią me serce jak najeźdźca,

niech ustąpią z mej twarzy przed zwycięzcą, miła moja.

 

Nawet kiedy w me serce jak w lustro zaglądam,

widzę tylko twój urok i twarz twoją, miła moja.

 

Tej nocy, daleki od ciebie, w gwiazdy zapatrzony

Pytam, co w nich mi jest zapisane, o miła moja.

 

Przyjdź wreszcie. Tak jak słowik z gazeli Hafiza czeka

tęsknie na różę, tak ja cię pragnę, o miła moja.

 

                              *  *  *

 

Przyjaciele, gdy zaczynają kwitnąć róże, cieszmy się.

To rada starego maga-czarodzieja, więc cieszmy się.

 

Gdy nie ma tu ludzi szczodrych, a radość szybko mija,

sprzedajmy stary modlitewnik za wino i cieszmy się.

 

W ten czas beztroski ześlij nam, Panie, dziewczę pięknolice.

Patrząc na jej twarz, będziemy pić wino, mówiąc – cieszmy się.

 

Mistrz muzyki niebiańskiej zawstydza tych, co koncertują.

My zaś już nie płaczemy, nie biadolimy, więc cieszmy się.

 

Róży kwiat, nawet winem nieskropiony, więdnie w upale.

Nas poraża namiętność. Czy możemy mówić – cieszmy się?

 

Bez radości gotowi jesteśmy pić wino ułudy

z kielichów tulipanów. Czy możemy mówić cieszmy się?

 

Choć mamy słowicze serca, milczymy, gdy kwitną róże.

Smutny nasz los. Czy możemy Hafizie, mówić, cieszmy się?

 

                              *  *  *

 

O świcie ptak rzekł do pyszniącej się róży: „Tak nie można!

W ogrodzie wiele kwiatów błyszczy, więc chwalić się nie można”.

 

Róża z uśmiechem rzekła: „Cenną jest prawda lecz słów takich

grubych nie ścierpi żadna piękna kochanka. Tak nie można”.

 

Jeśli wina chciałbyś z tej pięknej czary, musisz przewiercić

wiele pereł swoimi rzęsami. Inaczej nie można.

 

Do końca świata nie pozna wszak nikt zapachu miłości,

kto nie otrze się o kurz tawerny. Inaczej nie można.

 

Dziś wietrzyk zburzył loki hiacynta w ogrodzie boskiego

Edenu, którego do niczego porównać nie można.

 

Zapytałem wtedy: „O, sułtanie, gdzieżeś podział puchar?”.

Dobrotliwie odparł: „Dawno usnął, budzić go nie można”.

 

Nie to jest słowem miłości, co na język przyjdzie.

Nalej więc, chłopcze, wina, bo tego słuchać już nie można.

 

Ze łzami, Hafizie, utop w morzu spokój i rozsądek.

Cóż masz robić, zataić udręki miłości nie można.

 

                              *  *  *

 

Płatkami czerwonej róży zuchwale słowik zawładnął.

Nie przestał na tym, listkami jej i pieśnią też zawładnął.

 

Zapytałem go: „Skąd ten lament, jeśliś bliski jest triumfu?”.

Ze wzburzeniem powiedział: „To mną czar miłej mej zawładnął”.

 

Wszak ukochana szybko może uczynić z nas żebraka

przez żądze nasze. I królem kiedyś taki wstyd zawładnął.

 

Za nic ma płaczliwe błagania miła ma nieugięta.

Nieczułe jej serce. Szczęśliwy, kto losem swym zawładnął.

 

Obudźcie się więc! Oddajmy umysły i dusze nasze

temu Malarzowi, który sprawami świata zawładnął.

 

Kto drogą zakochanych kroczy, za nic ma wstyd i hańbę.

Właściciel tej winiarni łachami jego już zawładnął.

 

Szczęśliwy bowiem jest los tego pielgrzyma, który pośród

dróg wielu, utrudzonym będąc, władzą króla zawładnął.

 

Ty zaś, Hafizie, w poezji swej okiem bystrym wejrzałeś,

gdzie powab chłodnych gajów rajskimi rzekami zawładnął.

 

                              *  *  *

 

Mam dwoje wiernych przyjaciół, to gazele i wino.

Nie zdradzą mnie, nie oszukają – gazele i wino.

 

Z takim ładunkiem w drogę rusz. Czeka cię ścieżka wąska.

Bagaż, który cię pocieszy, to gazele i wino.

 

W niepewnym naszym świecie, pełnym zwątpienia zostają

tylko, przez mędrców ulubione,  gazele i wino.

 

Świat wokół pełen biedy, fałszu, wrzenia i zamętu.

Jedyna rada na zwątpienie – gazele i wino.

 

Ufam w mym sercu łatwowiernym, że spotkam ciebie wnet.

Śmierć wokół czyha. Ratujcie mnie, gazele i wino!

 

Pieść swoje dziewczę księżycolice, porzuć mozoły.

Gwiazdy ci sprzyjają, a z nimi gazele i wino.

 

Nie znajdziesz teraz nigdzie trzeźwego, wszak i poetę

Hafiza, trwale podchmieliły gazele i wino.

 

                              *  *  *

 

O, wietrze łaskawy, zapytaj tę piękność, dlaczego

przegania mnie po szczytach gór i pustkowiach? Dlaczego?

 

Sprzedawca zaś łakoci, niech Bóg da mu długie życie,

nie da łaknącej papudze ni okruszka. Dlaczego?

 

A ty, dumna różo, nie chcesz wysłuchać skarg i żalów

Słowika, co szaleje z miłości i schnie. Dlaczego?

 

Gdy siedzisz z druhem i razem pijecie wino, pytasz:

„O wietrze, czemu zabrałeś tak wielu? Dlaczego?”.

 

Nie wiemy, z jakiego powodu tak mało jest zacnych,

wysmukłych, srebrno i krągłolicych. Pytasz – dlaczego?

 

Nie można, ma miła, nie zauważyć twej urody.

Pysznisz się niewinnością swą, więc zła jesteś. Dlaczego?

 

W niebie radość gości. Rusza prorok do tańca razem

z jutrzenką, kiedy te słowa brzmią, Hafizie. Dlaczego?

 

                              *  *  *

 

Gdyby dziewczyna z Szirazu serce me chciała – bym jej oddał.

Za jeden jej pieprzyk, Samarkandę i Bucharę, też bym oddał.

 

Przynieś więc, chłopcze, wina, bo w raju nie ma go, ni Ruknabadu

wód. Sadów Mosalli nie ujrzysz tam, gdybyś nie wiedzieć co oddał.

 

Ach te Cyganki krągłolice, niepokój sieją w mieście mym

i jak Turcy, co z grabieży żyją, chcą, bym im wszystko wnet oddał.

 

Czarem swym zwodniczym kusi mnie ukochana. Te wszystkie tusze,

puszki, róże, pieprzyki – nie ma wiersza, który czar ten by oddał.

 

I piękny Józef kiedyś dawno temu, gdy spotkał Zulejkę, wnet

urokowi i niewinności kobiecej serce swe też oddał.

 

Kiedy wyrzuty bezpodstawne mi czynisz, kiedy gniew mój się budzi,

kiedy niemile mnie witasz – któżby cierpienie moje oddał.

 

Weź moje słowa do serca, szalony, niedojrzały kochanku,

i pamiętać chciej, sprawiedliwości starcom nikt nie oddał.

 

Słuchaj rad wina i muzyki. Tajemnic świata nie rozwikłał

dotąd nikt wśród nas, śmiertelnych grzeszników, choćby nie wiem co oddał.

 

Lecz coś tu powiedział wierszem, jak sznur pereł, jak warkocze Plejad

co niebo na trwale wiążą pięknie, Hafizie, gazel twój oddał.

 

                              *  *  *

 

Nie ma na całym świecie piękniejszego miasta niż mój Sziraz.

Zechciej więc, Panie, zachować go w pokoju – mój piękny Sziraz.

 

Ruknabad wstęgą wody czystej spokojnie go opływa.

Życiodajna rzeka zdobi moje miasto – piękny Sziraz.

 

Z sadów Dżafnabadu i różanych ogrodów Mosalla

powiewa piękny zapach, wyjątkowym czyniąc piękny Sziraz.

 

Dumnym ludem swym słynie, co gości grzecznie zawsze wita.

Księgi i uczonych od wieków szanował piękny Sziraz.

 

Słodycz egipskiego cukru wychwalać może ten,

kto nie był tu i nie poznał, jak słodki jest piękny Sziraz.

 

Jakie więc wieści przynosisz mi, wietrze, jak się ma miasto

me, które jak wino upoić może – mój piękny Sziraz.

 

Miasto moje uwielbiane, dla ciebie krew warto przelać.

Niechaj więc ma krew ożywi miasto to – mój piękny Sziraz.

 

Jeśli w zaczarowanym śnie teraz trwam, to nie budźcie mnie

wszak miłą mą oglądam, a z nią razem mój piękny Sziraz.

 

Ja, Hafiz, biedny poeta, czemu mam się bać rozłąki,

skoro dni cudownych tyle miałem i mój piękny Sziraz.

 

                              *  *  *

 

Z cyprysu wytrwale słowik głosi: wszystkim jest kochanie!

O, różo! Chciałbym cię strzec od złego. Moje ty kochanie.

 

O, różo! Wiesz, że jesteś królową piękności, dlatego

więc nie igraj z losem, bo nie wiesz, jak trudne jest kochanie.

 

Nie skarżę się na niedolę, kiedy odsuwa mnie miła.

Muszę być cierpliwy, wszak rozłąka pobudza kochanie.

 

Kiedy inni w szalonych uciechach doznają przesytu,

czuję, że jeśli cierpię w oddali, wiem co to kochanie.

 

Kiedy inni oczekują zaszczytów i pięknych hurys

dla mnie winiarnia rajem, a hurysą me kochanie.

 

Pij wino, niech muzyka płynie! Nie jest grzechem się cieszyć.

Być szczęśliwym to nie grzech, wszak Bóg to wielkie kochanie.

 

Tak więc, mój Hafizie, czemu się niecierpliwisz i płaczesz?

Spotkanie znów po długiej rozłące – wtedy jest kochanie!

 

                              *  *  *

 

Ponieważ radość i winiarnia istnieją  niezmiennie,

staremu magowi pokłony bić będę niezmiennie.

 

Kolczyki ofiarowane przez niego noszę w uszach.

Będziemy tacy sami, wszystko trwać będzie niezmiennie.

 

Gdy po wiekach spytasz o ambicję, wiedz – mój grobowiec,

jako świątynia derwiszów, stać tu będzie niezmiennie.

 

Odejdź sceptyku i egoisto, gdyż nasze oczy

Widzą to, co za zasłoną pozostaje niezmiennie.

 

Ukochana właśnie cię opuściła. Nic nowego.

Tak już stale jest, że na ziemi łzy płyną niezmiennie.

 

Dlatego nawet gdy zasnę, gniew mój nie minie,

aż do ranka Dnia Sądnego gniewny będę niezmiennie.

 

Widać takie jest twe przeznaczenie, biedny Hafizie,

że warkocz ukochanej jest w obcych rękach niezmiennie.

 

                              *  *  *

 

Kilku aniołów wczoraj stukało do drzwi winiarni. Prawda to!

Wino chcieli do zaprawy, by ulepić człowieka. Prawda to!

 

Ci mieszkańcy niebios, boscy kurierzy, winem mnie uraczyli,

mnie grzesznika, przydrożnego nędzarza, częstowali. Prawda to!

 

Nie zdołały niebiosa utrzymać ciężaru boskiej miłości.

Podjąłem się więc tego trudu ja - biedny szaleniec. Prawda to!

 

Wszystkie znane religie gotowe są kroczyć ścieżkami wojny,

gubiąc sens swej istoty obrastają nienawiścią. Prawda to!

 

Ja jednak staram się żyć w zgodzie z mym Bogiem i w harmonii z wiarą.

Lepiej z derwiszami pić wino i tańczyć, niż się bić. Prawda to!

 

Bo przecież ogniem prawdziwym nie jest ten blask, co tylko błyszczy.

Prawdziwy ogień opala skrzydła nocnych motyli. Prawda to!

 

Nikt nie potrafi tak jak ty, Hafizie, odkryć zasłoniętych myśli

i warkocze mowy czesać grzebieniem swego pióra. Prawda to!

 

                              *  *  *

 

Chłopcze, lej wino. Nadchodzący Nowy Rok niech nam sprzyja.

Nie dbaj o składane obietnice i niech ci los sprzyja.

 

Ja zaś zawstydzony, tkwiąc beznadziejnie w cieniu rozłąki,

rozdałem całe me serce. Czemu los mi nie sprzyja?

 

Przekaż uszanowania córce wina. Niechaj wyjdzie z grzechu.

Niech twoje staranie ją wyzwoli. Niechaj jej los sprzyja.

 

W przebywaniu z tobą znajduję wciąż wiele uciechy.

Kto zaś złorzeczy, niech pogrąży się w smutku. Nam los sprzyja.

 

Dzięki Bogu, nie doznał nasz wspaniały ogród uszczerbku

od wiatru. Cyprysom, jaśminom i różom on dziś sprzyja.

 

Niech los odwróci od nas złe uroki i opiekuje

się nami troskliwie jak matka. Niechaj nam zawsze sprzyja.

 

Hafizie, trzymaj pewnie w dłoniach uchwyt Arki Noego,

by potop nie uniósł cię w odmęty mórz. Niech los ci sprzyja.

 

                              *  *  *

 

Twarzą padłem na jej drodze, lecz przejść nią nie raczyła.

Byłem jej życzliwy, lecz spostrzec tego nie raczyła.

 

Bólu mego serca, powodzi łez i burz zazdrości

ta o sercu z zimnego głazu spostrzec nie raczyła.

 

Boże, zachowaj w spokoju łagodnego młodzieńca,

tak by sroga kolej losu ominąć go raczyła.

 

Kurczaki i ryby nie mogły zasnąć przez mój lament.

O, Panie, pozwól, by chwila snu przyjść do mnie raczyła.

 

Chciałem u jej stóp zgasnąć tak jak świeca, jak bryza

poranna przeszła obok, nawet spostrzec mnie nie raczyła.

 

Ty, o sercu z kamienia. Ma strzała trafiła w tarczę,

ale ona płaczu niemowy słuchać nie raczyła.

 

O, Hafizie, nikt nie zna twej tajemnicy, lecz ona

choćbyś oszalał, zauważyć nie będzie raczyła. 

 

                              *  *  *

Pijany słowik pozyskał róży pąk – bo miał szczęście,

lecz kolce pokłuły mu ufne serce – to nieszczęście.

 

Papuga co stale marzy o cukrze, jest radosna.

Nicość burzy jednak łatwo marzenia, na nieszczęście.

 

Przyjemnie rozmyślać o owocach uczuć, o tym

co łatwe i piękne było, lecz w życiu trudno mieć szczęście.

 

Poganiaczu wielbłądów, mój bagaż spadł, dzięki Bogu.

Wszelka podróż z tym brzemieniem bzdur – to samo nieszczęście.

 

Twarz moją i oczy pokrył drażniący kurz drogi.

Koło fortuny stanęło, lecz gdzie radość i szczęście?

 

Krzyki, które dochodziły do nas od zazdrosnych sfer

nieba, poginęły w głuchym grobowcu – na szczęście.

 

Krągłolica królowa piękna zgnębiła Hafiza,

a jej gra perfidna oszukała go – na nieszczęście.

 

                              *  *  *

 

Piękna jesteś, o różo! -  fiołek tej nocy powiedział.

O jej subtelności, gracji i wdzięku też powiedział.

 

Twoje serce to skarbnica tajemnic, którego klucz

opatrzność dziś oddała ukochanej, ktoś powiedział.

 

Tyś moim lekarzem, ratuj moje złamane serce,

ratuj moją zszarganą dumę, chciałabyś, bym powiedział.

 

Trzeba mieć radość w sercu, zdrowy umysł, wolny od trosk.

Podaj więc ufnie dłoń. Nie wiem nawet, kto tak powiedział.

 

Udzielasz mi dobrej rady, świadku mego cierpienia.

Razem szkodzą piękność i wino, Prorok powiedział.

 

O mój biedny Hafizie, jakież mizerne życie Bóg

ci dał, ile niedoli wycierpisz, przyjaciel powiedział.

 

                              *  *  *

 

Nasz mistrz wprost z meczetu do winiarni biegł. Czy tak można?

Jaka z tego dla nas nauka? Czy przewidzieć można?

 

My uczniowie-asceci twarz zwracaliśmy ku Kaabie,

a nasz mistrz ku winiarni swą obracał. Czy tak można?

 

Pewnie i dla nas winiarnia pozostanie przystanią,

wszak przeznaczeniu ślepemu sprzeciwiać się nie można.

 

Podobnie gdy serce szalone masz w pętach jej loków

i rozum w okowach, wtedy już nic zrobić nie można.

 

Urok twej twarzy wyjaśnił mi wersety z Koranu

o łasce i pięknie. Tak sens jego tłumaczyć można.

 

Czy więc do serca twego zimnego przemówią aby

westchnienia moje i łzy? Okrutną tak być nie można!

 

Strzałą twych westchnień Hafizie zdołałeś przebić niebo.

Dlatego bacz na swą duszę. Strzałą tą zranić można.

 

                              *  *  *

 

Od dawna już władczyni mego serca wieści mi nie przysyła.

Listów nie pisze. Nie dba o mnie. Nawet pozdrowień nie przysyła.

 

Ja listów chyba sto wysłałem, lecz ona, sroga ma pani,

ni gońca nie wyśle ani odpowiedzi żadnej nie przysyła.

 

Jak zwierz srogi, głodem dręczony, co zmysły postradał, czekam,

lecz ona gazeli ani nawet przepiórki mi nie przysyła.

 

Dobrze ona wie, że ptak serca mego ulecieć z rąk dziś chce,

a jednak sideł tkanych ze splotów warkoczy mi nie przysyła.

 

Ja nieszczęsny, upojony, zatruty jej słodkimi ustami

czekam wciąż na zbawczą czarkę wina – lecz ona jej nie przysyła.

 

Chełpiłem się sławą swą i doskonałością na wielu scenach

świata, lecz teraz żadna ze scen zaproszenia mi nie przysyła.

 

Musisz być rozsądny, Hafizie, i swoje miejsce też musisz znać,

wszak żaden sułtan do marnego ciury heroldów nie przysyła.

 

                              *  *  *

 

 

Stary sprzedawca wina – niech błogosławiony będzie –

rzekł: „Zapomni rychło o smutku, kto wino pić będzie”.

 

Na to ja: „Przez wino rzucamy na wiatr dobre imię”.

Odparł: „Zaakceptuj swe słowa, co ma być, niech będzie”.

 

Zyski, korzyści i straty przychodzą i odchodzą.

Z powodu tych transakcji nikt wszak smutny nie będzie.

 

Wiatr tylko trzymasz w ręku, jeśli złudną nicość cenisz.

Stracił Salomon tron przez wiatr – każdy pamiętać będzie.

 

Dlatego więc, Hafizie, gdy nudzą cię rady starców,

skończmy tę historię, żyj nam szczęśliwie. Niech tak będzie!

Powrót